199. siewruk się miota

gdzieś pomiędzy domem, uczelnią, końcowym, na który miałam nie jechać, a Łukowem, którego zaczynam nie znosić.

jest zima i nic nie działa. drzwi w autobusach nie działają, ale też przyciski ‚na żądanie’. w związku z tym zrobiłam sobie uroczą rundkę po warszawie, odkrywając nieznane przystanki końcowe i spóźniając się na zajęcia jedyne 50 minut.

pociągi (wszystkie cztery) też były opóźnione. próba też była opóźniona, w związku z czym nie bardzo zrobiłam to, po co jechałam 250 km. za to mocno wymarzłam i mimo, że w domu jestem od przynajmniej półtorej godziny, twarz dalej mnie boli.

tym bardziej, że gdzieś przy końcu uronajebki w pubie UKRADLI MI CZAPKĘ (nie, nie zgubiłam jej).

swoją drogą, odkryłyśmy z synem, dlaczego drogowcy nie radzą sobie z zimą. ich uwaga nie jest skupiona na drogach, ale na trawie parku pod naszym domem. proste i logiczne – kiedy trawa jest odśnieżona spychaczem, świat ma powody do dumy.

198. siewruk wraca do formy (II)

Ostatnio nie spadł na mnie gruz, ale:

Ostatnio nie zgubiłam niczego ważnego, jednak:

świat mój wygląda mniej więcej jak wielki, surrealistyczny film, który ogląda się w kinie. bardzo męczy, daje do myślenia, ale też bardzo mocno śmieszy. ponieważ jestem od niedawna starsza niż młodsza, cieszę się, że ocalałam prowadzona na rzeź.

stay tuned!

Ps

no dobra, może: namówiłam mamę, żeby zrobiła jaskółkę ze złamaną nogą. byłam z siebie niewymownie dumna.

kaloryfer mi nie działa. jednak po akcji sprzed dwóch lat (kiedy to w dwie ogarnięte kobiety wezwały speca tylko dlatego, żeby zapytał: a odkręcałyście panie te kaloryfery i popukał przez pięć minut w niego młotkiem) boję się zadzwonić do speca. tym razem próbowałam go odkręcić, tym razem naprawdę nie działa, tym razem jest dość zimno.

nasza wesoła wycieczka urwała dziś koleżance tłumik. ok, to ona ma pecha, ale tylko dlatego, że wiozła nasze zady.

197. siewruk wraca do formy

są rzeczy, o których nie mogę – i nie chcę – tutaj pisać. są jednak takie, które zasługują na uwiecznienie, choćby dla mnie samej, bo przecież za jakiś czas zapomnę, jak właściwie rozpoczął się ten dzień.

noc bezsenna, jakich ostatnio wiele. w końcu wstało słońce, więc i ja, wraz z nim. karnisz spadł mi na głowę idealnie wręcz.
albo – najśmieszniejsze – dwa razy dzisiaj cudem uniknęłam śmierci. dosłownie. śmierć spadłaby na mnie z mojej wyłącznej winy. rozkojarzony kierowca, to zły kierowca. to się więcej nie powtórzy, panie kapitanie.

no, choć może śmieszniejsza była kontrola drogowa. może w ramach akcji znicz, choć przypuszczam, że ze zwykłej ciekawości. radiowóz jechał za mną przez pół szczecina (z centrum do mierzyna, droga pokonana po raz pierwszy w tym dniu, a było ich więcej). trochę się bałam – wiadomo, może po prostu czekają na mój błąd (olanie znaku stop, wymuszenie pierwszeństwa na pieszym), żeby wlepić mi mandat.

w końcu mnie zatrzymali. nerwowo patrzę: no światła są zapalone, wykroczeń nie popełniłam (jeszcze). proszą o dokumenty auta, moje prawko. nie każą dmuchać w balonik, nie idą z papierami nawet do radiowozu.

ok, może pani jechać, mówi jeden z nich.
ale o co chodzi, pytam ja.

na co policjant się uśmiechnął i powiedział, że byli z kolegą przekonani, że auto prowadzi piętnasto, szesnastolatka i że musieli to sprawdzić. jazda, dosłownie.

poza tym w ostatnim czasie popsuł mi się laptop (matryca), rower (łańcuch z nakładką) i połamałam w ręku toster. pamiętam wszystkie inne grzechy, ale nie za bardzo za nie żałuję.

196. siewruk i ostatnie tygodnie.

zdrowie mi się trochę posypało. tak do ogarniecia, chociaż tyle czasu, ile ostatnio spędziłam w szpitalach/przychodniach/na badnaniach/w rezonansach/itd to chyba w całym życiu nie spędziłam w placówkach służby zdrowia. pominę to milczeniem, po co mam się wyflaczać.

ale obok tego bywały dni po prostu pechowe. jak na przykład wtedy, kiedy zostałam odwołana na dół, dzięki czemu pies wlazł mi do pokoju i zjadł książkę. jak na przykład wtedy, kiedy miałam dwie godzinki ledwo na wycieczkę do muzeum, a w jedną stronę wpakowałam się w korki spowodowane przez kibiców legii i łażenie na piechotę przez pół warszawy, a w drugą stronę z kolei przez całą warszawę, i to pod prąd wyznawcom radia maryja. jak wtedy, kiedy musiałam uciekać ze spotkania z przystojnym chłopcem, bo nie mogłm wytrzymać tego, że umiał gadać do mnie tylko rapowanym tekstem. tedego.

jak dzisiaj, kiedy pociąg spóźnił się 40 minut,
na lotnisku okazało się, że mam za dużą torbę (pojechałam dla pewności jutrzejszej i dobrze zrobiłam)
jak dziś, kiedy mój autobus przez 25 próbował pokonać jedno skrzyżowanie,
jak dziś, kiedy okazało się, że zamek do domu jest zepsuty i stałam pod drzwiami bardzo długo, aż do czasu, kiedy sąsiad się nade mną nie zlitował,
jak dziś, kiedy zacięłam się obieraczką do marchewek.

małe peszki, duże upierdliwości. wszystko niknie jednak przy dzisiejszym niusie. to, czego się obawiałam od kilku dni bardzo mocno, to co wychodziło z tomografu i tomografu powtórzonego, nie potwierdziło się. moje zmiany w mózgu to nic poważnego. słowem, RAKA NIE MAM.

i za to serdeczne wielkie dzięki. pewnie nie zaliczę roku przez te choroby&przez to, co jutro zrobię, ale jadę.
na 9 dni. na wakacje. naprawdę porządne wakacje.

195. siewruk gubacz (vol. 500)

Moje przysługi większe i mniejsze są raczej bezbolesne dla osób, którym przysługuję. Nie zawsze dla mnie.
Pomyślałam – nie ma sprawy, wziąć studia medioznawcze, pokserować co trzeba – pestka. Pesteczka wręcz.

Poszłam, spisałam sygnatury, wzięłam, oddałam na ksero, czekam. Bezboleśnie. Nagle: awantura. „Pani chyba żartuje, że nie macie wydać!” powiedziała klientka. Krzyczą. Wszyscy ludzie (a było ich całkiem sporo) spoglądają na siebie trochę zażenowani, bo krzyki są niewspółmierne do sytuacji.
Wszyscy sprawdzają kieszenie – kolejny klient bez drobnych byłby kolejnym niemiłym problemem. Sprawdzam kieszeń. Drugą. Trzecią i czwartą. Kieszenie w torbie. Całą torbę.

GDZIE JEST MÓJ PORTFEL?

Myślę: szczęście, że przynajmniej legitymacja jest w bibliotece, bezpieczna.
Myślę: nieszczęście, że nie mam czym zapłacić, 2,5 ze wszystkich kieszeni będzie kwotą niewystarczającą.
Myślę: szczęście, że moja karta do bankomatu wala się luzem po torbie.
Myślę: szczęście, że mogłam po prostu zostawić portfel w bibliotece.

Wróciłam więc do biblioteki.

Szczęście? Szczęście, że bibliotekarze (czy raczej czytelniczarze;p) to uczciwi ludzie. Ksero zrobione, zapłacone, a mi z portfela nic nie zginęło.

194. siewruk i kłopoty

nikomu nie życzę takiej przygody, jaką przeżyłam w piątek za kierownicą.
umówmy się, że za kierownicą nie można mdleć. czy tam tracić świadomości. czy tam doznawać częściowego paraliżu. nie za bardzo wiem, jak to nazwać, nie umiem nawet opisać objawów.

w każdym razie, niedługo wracam do szczecina na przymusowe wakacje. gdyby ktoś mi płacił za pracę, mogłabym powiedzieć, że to moje pierwsze w życiu l4. no, ale nikt mi nie płaci, więc zasadniczo będzie to po prostu przerwa. w złym okresie – bo jest dużo roboty – ale może to i dobrze. w domu nie używają wiertarek. w domu budzą, ale potem pozwalają spać. w domu jest fajnie, choć lekarz – kiedy nie ma się pojęcia, co jest i jak jest – to (zasadniczo) brzmi strasznie.

193. siewruk i praca

Już tato powiedział mi dawno temu, że strasznie przejmuję się rzeczami, o których piszę i chciałabym robić wszystko to, co moi bohaterowie. to prawda. to duży problem. szczęście w nieszczęściu, że jeszcze nie zajmowałam się zbrodniami. albo polityką.

192. siewruk gubacz

lista ważnych rzeczy, które zgubiłam w ten weekend jest całkiem pokaźna. całe szczęście, że weekend był przedłużony (niech żyje 11.11.11!).

tak więc, co zgubiłam?

1. kredka do oczu – nie mam pojęcia, co się z nią stało, ale ostatnie użycie – czyli narysowanie mrocznej krechy na policzku macieja – było całkiem godne.
2. elektroniczna legitymacja studencka, czyli: karta do biblioteki, karta miejska i zniżkowa w jednym. bezpowrotnie utracę całe swoje 7 naklejek: (
3. karta do bankomatu. a co najśmieszniejsze – nie została zgubiona wraz z ELS. jaja jak berety.

reperkusje tych wydarzeń są ogromne. przede wszystkim, czuję się spłukana - weekend przez brak zniżek i przejazdów był pewnie minimum 2 razy droższy niż planowałam.

a co poza tym? cała jestem w maleńkich siniaczkach, których prawdopodobnie nabawiłam się na pogo. są całkiem bezboolesne i bardzo śmieszne.
poza tym, prawie dostałam mandat. ale panowie policjanci chyba nie chcieli mi go wstawić, bo jak usłyszeli, że weekend był skutecznie upierdliwy, to się uśmiechnęli i pojechali sobie w swoją stronę.
plus wyrywał mnie mały rumunek, który okazał się serbem.
plus byłam na imprezie z darmowym alkoholem. problem w tym, że poczęstowanie się nim było tak okropnie uciążliwe i czasłochłonne, że poszliśmy do andrzejka i piliśmy za swoje.
plus – znowu – stanie przez kilka godzin w pociągu. ale tylko w jedną stronę, w drugą siedziałam i gadałam z serbiątkiem. nie mogę już powiedzieć „nie pamiętam, kiedy ostatni raz siedziałam w pociągu”. zresztą, wcześniej też nie mogłam. siedzenie na ziemi to też siedzenie ( ; a poza tym, od października zdarzyło się to już 3 razy. i za każdym razem weszłam do pociągu!
plus zerwała mi się torba. na szyi. to to były niezłe jaja ( :
plus prawdopodobnie stracę pracę. na szczęście nie dlatego, że to ja nawaliłam. mam jeszcze trochę czasu, żeby uporać się z tą myślą.

a mimo wszystko weekend udany. uciekłam z warszawy, nie widziałam żadnych zamieszek, byłam na fajnym koncercie, dostałam numer telefonu, z którego nie skorzystam, zachwycałam się urodą serbów, trochę piłam, nieco paliłam, trochę skakałam, a nawet tańcowałam. widziałam się z przyjaciółmi – i we wszawie, i w poznaniu. humor dziwny, niekoniecznie dobry, ale w sumie lepszy, niż mogłabym się spodziewać. a teraz proszę los, żeby dał mi siłę przeżyć następne dni. losie, daj mi siłę!

191. siewruk i premiera,

czyli ile razy można się pomylić, mówiąc dwulinijkowy tekst.

syn: synu, to ćwicznie wbrew pozorom jest bardzo pomocne.
ja: chyba bardzo wbrew pozorom.

będę mdlała, i to nie dlatego, że tak bardzo się jaram.

190. siewruk i referat, czyli jak stać się bohaterem literackim

A mamusia mówiła „nie
przeklinaj”, bo cię Bozia pokarze? Siewruk poszła na wódkę. Jutro Siewruk
napisze na blogu:
„Siewruk i referat”


14:00 idzie do domu pisać referat




14:30 rezygnuje z piwa żeby pisać
referat




16 – 22 patrzy w ekran żeby pisać
referat




22:15 idzie na wódkę chrzanić referat




23:00 wzywane przez 6 godzin natchnienie
przyszło do domu zastało tam jedynie mojego kota komputer i trzy jogurty w
lodówce zaatakowało kota kot zaatakował komputer dobrze że nic na nim nie
napisałam.

a napisała to ewa.

ja – ze wszystkimi błędami, słabościami, rowerem, którego nie miałam – przepoczwarzyłam się w bohatera o swojskim imieniu i nazwisku „kasia siewruk”. a nie, przepraszam, Siewruk – i to wielką literą! jestem przetworzona na jej wyobrażenie, dziwne, ale normalne, a i myślę, że kilka rzeczy zgodzić się musi. dobre to i złe – jak wszystko w życiu.

a dobre z dwóch powodów przynajmniej.

raz, wiem, że ktoś mnie czyta ( ;
dwa – niech będzie, znowu cytat.

Pije
mniej więcej tyle co facet, zachowuje się jak facet (często) i często gada jak
facet. Ale jest świetną babką.

pozdrawiam więc sobie ewę w – nomen omen – odreferatowej przerwie. referat jest bardzo trudny, a ja jestem bardzo głodna, co was pewnie zupełnie nie obchodzi, ale ewie mogę powiedzieć: doskonały strzał, milordzie, i jeszcze lepszy tajming ( ;