onamapechablog |
||||
|
2012-04-27 03:21:23 196. siewruk i ostatnie tygodnie. zdrowie mi się trochę posypało. tak do ogarniecia, chociaż tyle czasu, ile ostatnio spędziłam w szpitalach/przychodniach/na badnaniach/w rezonansach/itd to chyba w całym życiu nie spędziłam w placówkach służby zdrowia. pominę to milczeniem, po co mam się wyflaczać. ale obok tego bywały dni po prostu pechowe. jak na przykład wtedy, kiedy zostałam odwołana na dół, dzięki czemu pies wlazł mi do pokoju i zjadł książkę. jak na przykład wtedy, kiedy miałam dwie godzinki ledwo na wycieczkę do muzeum, a w jedną stronę wpakowałam się w korki spowodowane przez kibiców legii i łażenie na piechotę przez pół warszawy, a w drugą stronę z kolei przez całą warszawę, i to pod prąd wyznawcom radia maryja. jak wtedy, kiedy musiałam uciekać ze spotkania z przystojnym chłopcem, bo nie mogłm wytrzymać tego, że umiał gadać do mnie tylko rapowanym tekstem. tedego. jak dzisiaj, kiedy pociąg spóźnił się 40 minut, na lotnisku okazało się, że mam za dużą torbę (pojechałam dla pewności jutrzejszej i dobrze zrobiłam) jak dziś, kiedy mój autobus przez 25 próbował pokonać jedno skrzyżowanie, jak dziś, kiedy okazało się, że zamek do domu jest zepsuty i stałam pod drzwiami bardzo długo, aż do czasu, kiedy sąsiad się nade mną nie zlitował, jak dziś, kiedy zacięłam się obieraczką do marchewek. małe peszki, duże upierdliwości. wszystko niknie jednak przy dzisiejszym niusie. to, czego się obawiałam od kilku dni bardzo mocno, to co wychodziło z tomografu i tomografu powtórzonego, nie potwierdziło się. moje zmiany w mózgu to nic poważnego. słowem, RAKA NIE MAM. i za to serdeczne wielkie dzięki. pewnie nie zaliczę roku przez te choroby&przez to, co jutro zrobię, ale jadę. na 9 dni. na wakacje. naprawdę porządne wakacje. skomentuj (0) 2012-04-01 18:07:10 195,5. Wszyscy jesteśmy Allenami Boję się trochę Woody’ego Allena. Jego najnowsze filmy są nierówne, a stare niszczą psychikę. Bałam się też „Central Park West” wg Allena w Teatrze 6.piętro. Na szczęście strach ma wielkie oczy. W pierwszej scenie poznajemy Phyllis – trochę neurotyczną psychoanalityczkę, która roztrzęsiona otwiera drzwi swojej przyjaciółce, Carol. Z biegiem czasu obserwujemy obydwie kobiety, następnie ich mężów i „tę piątą”, która zadaje kłam oczywistościom zdrady. Fabuła jest więc klasycznie wręcz Allenowska. Pozornie wiemy wszystko, a jednak po spektaklu czujemy, że autorzy sztuki mówili nam przez cały czas: „drogi widzu, zastanów się chwilę, tu przecież nie chodzi tylko o to, kto z kim spał”. Żaden z bohaterów nie chce mieć (lub po prostu nie ma) w związku z zaistniałą sytuacją wyrzutów sumienia. Widz z uśmiechem, ale i zażenowaniem patrzy na próby odwracania kota ogonem, prośby o wypuszczenie z mieszkania bez poczucia winy, kolejne szklanki wypitego alkoholu. Widz ocenia, choć nie ma do tego prawa. A to jest zasługą niezłej gry aktorskiej. Fantastyczny w swojej roli jest Piotr Gąsowski – interpretujący rolę zdradzanego męża Howarda, artysty-pisarza, który raczej przyjmuje wiadomości sercem, a nie głową. Reszta aktorów – Joanna Żółkowska jako Phyllis, Małgorzata Foremniak jako Carol, Wojciech Wysocki jako Sam, zdradzający i pewny siebie mąż, oraz Julia Pietrucha jako... (i tu nie da się uniknąć nawiązań do rozwiązania akcji, więc może jej kwestię pominę, oprócz tego, że zagrała dobrze, a wyglądała pięknie!) – zaskakująco dobrze poradziła sobie z zadaniem. Przekonywali, choć przecież trudno przyjąć istnienie w jednej przestrzeni tak wielu dziwacznie charyzmatycznych ludzi. Warto zwrócić baczniejszą uwagę na Phyllis, nieco zmodyfikowanego Allena w spódnicy. Choć może postaci nowojorskiego reżysera nie kojarzą nam się z ludźmi sukcesu, to ona właśnie musi być kolejnym wcieleniem Mistrza. Jest tak samo ironiczna, sarkastyczna, nawet cierpi w bardzo podobny sposób (kojarzycie Cliffa ze „Zbrodni i wykroczeń”?). Odczuwalny jest jednak pewien dysonans. Przede wszystkim dlatego, że Żółkowska-Allen nie zamyka się w sobie, a krzyczy. Coś tu nie gra. Żółkowska zagrała tę rolę po prostu po swojemu. Choć to dobrze, fani twórczości nowojorczyka mogą być zirytowani. Warto to pominąć dla napięć, które wytwarzały się między poszczególnymi elementami całości. Ze ścian apartamentu przy Central Park West parzy na nas Freud w konwencji a’la Andy Warhol. Twórca psychoanalizy, choć nie wywołany w dialogach, obserwuje samotność, życie „osobno, a nie razem”, wzajemne ignorowanie się i ból rozstania. Jego pastelowa twarz zaprzęga wszystko w konwencję umowności, popkultury i przekazuje nam coś w stylu wiecznego „a nie mówiłem”. Pastelowy wystrój, zamiast łagodzić, podkreśla dramat międzyludzkich relacji, znajomość reguł psychoanalizy nie chroni przed zimnym sercem, a torebka od Sotheby’ego – przed głupotą. Za zapanowanie nad tymi napięciami warto pochwalić reżysera sztuki, Eugeniusza Korina, bo największa wartość sztuki nie kryje się za słownym humorem (miejscami mało zabawnym), a obrazem, który wyłania się z tych wszystkich „pomiędzy”. Podobnych, choć może mniej zintensyfikowanych napięć, doświadczamy codziennie i po prostu muszą być nam bliskie. Ich wydobycie jest po prostu genialne – w lekkiej, kolorowej i skonwencjonalizowanej formie podaje się nam rzeczy, nad którymi można myśleć długie godziny. Zupełnie tak, jak po dobrym filmie Allena. // PS: zorientowałam się, że recenzja jest zbyt długa. Ponieważ jednak na stronie teatru 6 piętro, w regulaminie konkursu i tak dalej macie chyba problem z jasnym wyłożeniem dat, to skracam, zmieniam, mam nadzieję, że nie zostanę zdyskwalifikowana za błędy formalne. To by był dopiero PECH. skomentuj (0) 2012-03-09 23:54:21 195. siewruk gubacz (vol. 500) Moje przysługi większe i mniejsze są raczej bezbolesne dla osób, którym przysługuję. Nie zawsze dla mnie. Pomyślałam - nie ma sprawy, wziąć studia medioznawcze, pokserować co trzeba - pestka. Pesteczka wręcz. Poszłam, spisałam sygnatury, wzięłam, oddałam na ksero, czekam. Bezboleśnie. Nagle: awantura. "Pani chyba żartuje, że nie macie wydać!" powiedziała klientka. Krzyczą. Wszyscy ludzie (a było ich całkiem sporo) spoglądają na siebie trochę zażenowani, bo krzyki są niewspółmierne do sytuacji. Wszyscy sprawdzają kieszenie - kolejny klient bez drobnych byłby kolejnym niemiłym problemem. Sprawdzam kieszeń. Drugą. Trzecią i czwartą. Kieszenie w torbie. Całą torbę. GDZIE JEST MÓJ PORTFEL? Myślę: szczęście, że przynajmniej legitymacja jest w bibliotece, bezpieczna. Myślę: nieszczęście, że nie mam czym zapłacić, 2,5 ze wszystkich kieszeni będzie kwotą niewystarczającą. Myślę: szczęście, że moja karta do bankomatu wala się luzem po torbie. Myślę: szczęście, że mogłam po prostu zostawić portfel w bibliotece. Wróciłam więc do biblioteki. Szczęście? Szczęście, że bibliotekarze (czy raczej czytelniczarze;p) to uczciwi ludzie. Ksero zrobione, zapłacone, a mi z portfela nic nie zginęło. skomentuj (0) 2012-03-09 23:29:51 194,5. be inspired. To trwa już od jakiegoś czasu. Całą duszą jestem reporterem. Bezdorobkowym dokumentalistą rzeczywistości. Kiedy pytają mnie o inspiracje, mogę wymyślać setki rzeczy – tutaj nie ma złych odpowiedzi, są tylko lepiej czy gorzej opisane. Tak jest pewnie u wszystkich. Tylko że mimo mnogości zewnętrznych podniet wiem, że przez mój reporterski zapał wydobywa się to, co jest istotą performansu, historii, a może w ogóle i życia: człowiek w akcji. Człowieka w ruchu. I chyba właśnie – obok innych rzeczy, ale w mniejszym stopniu – inspiruje mnie najbardziej. Człowiek siedzący na krześle jest dobry. Może być ciekawy. Bywa estetyczny. Ale najciekawszy jest wtedy, kiedy ze swojego krzesła spadnie. Ewentualnie opowie o swoim siedzeniu. Człowiek bezustannie podróżujący ma mnóstwo historii. Znam taką jedną, Kamila jej na imię. Kiedy jej słucham i kiedy na nią patrzę, kiedy z nią rozmawiam w zawsze za krótkich przerwach między zajęciami, dostaję pozytywnego kopniaka od losu. Czego ona nie widziała! Czego nie próbowała! Gdzie nie była! A to jest przecież Kamilka – rok starsza ode mnie, wielce uzdolniona, ale też zwyczajna dziewczyna, która ma jaja i motto „lubisz-robisz”. Kiedy z nią gadam, mam ochotę robić. A przynajmniej ładnie o niej pisać. To chyba można nazwać inspiracją. Cudze działania i cudze historie są pobudzające. Stawiam sobie durne z gruntu pytania. Czemu cudzy ruch jest ciekawszy niż mój? Gdzie ludzie przestają się bać działania? Skąd biorą się ich świetne zrealizowane pomysły, które ja obserwuję? Podczas zadawania sobie takich bzdurnych pytań myślę w końcu: hola hola! Ludzie po prostu mają jaja. I właśnie tym inspirują innych. Pech nie jest usprawiedliwieniem dla lenistwa. Studencki portfel jest kiepskim usprawiedliwieniem dla słabnącego zapału. To trochę zbyt poważnie brzmi, więc powiem, że dzięki cudzym historiom i działaniom sama coś robię i często się szczerzę sama do siebie. Widzieliście amatorskie muzyczne filmy wideo? Są super, fajnie by było zrobić coś takiego samemu. raz, kiedy słucham nagranych (z pomocą jednego mikrofonu za 5 zł, jednej gitary i kilku wypełnionych absurdem mózgów) z przyjaciółmi piosenek o Xenie, Wojowniczej Księżniczce. Inspiracją bezpośrednią był niby znany z lat 90. serial. Ale kto mi nie przyzna racji, że Xena jest kobietą w ruchu? Tak totalnie – nie dość, że działa, podróżuje, to jeszcze skacze 4 metry wzwyż i robi salta (-; skomentuj (0) 2012-03-05 00:23:44 194. siewruk i kłopoty nikomu nie życzę takiej przygody, jaką przeżyłam w piątek za kierownicą. umówmy się, że za kierownicą nie można mdleć. czy tam tracić świadomości. czy tam doznawać częściowego paraliżu. nie za bardzo wiem, jak to nazwać, nie umiem nawet opisać objawów. w każdym razie, niedługo wracam do szczecina na przymusowe wakacje. gdyby ktoś mi płacił za pracę, mogłabym powiedzieć, że to moje pierwsze w życiu l4. no, ale nikt mi nie płaci, więc zasadniczo będzie to po prostu przerwa. w złym okresie - bo jest dużo roboty - ale może to i dobrze. w domu nie używają wiertarek. w domu budzą, ale potem pozwalają spać. w domu jest fajnie, choć lekarz - kiedy nie ma się pojęcia, co jest i jak jest - to (zasadniczo) brzmi strasznie. skomentuj (1) 2011-11-17 22:35:53 193. siewruk i praca Już tato powiedział mi dawno temu, że strasznie przejmuję się rzeczami, o których piszę i chciałabym robić wszystko to, co moi bohaterowie. to prawda. to duży problem. szczęście w nieszczęściu, że jeszcze nie zajmowałam się zbrodniami. albo polityką. skomentuj (3) 2011-11-13 19:06:27 192. siewruk gubacz lista ważnych rzeczy, które zgubiłam w ten weekend jest całkiem pokaźna. całe szczęście, że weekend był przedłużony (niech żyje 11.11.11!). tak więc, co zgubiłam? 1. kredka do oczu - nie mam pojęcia, co się z nią stało, ale ostatnie użycie - czyli narysowanie mrocznej krechy na policzku macieja - było całkiem godne. 2. elektroniczna legitymacja studencka, czyli: karta do biblioteki, karta miejska i zniżkowa w jednym. bezpowrotnie utracę całe swoje 7 naklejek: ( 3. karta do bankomatu. a co najśmieszniejsze - nie została zgubiona wraz z ELS. jaja jak berety. reperkusje tych wydarzeń są ogromne. przede wszystkim, czuję się spłukana - weekend przez brak zniżek i przejazdów był pewnie minimum 2 razy droższy niż planowałam. a co poza tym? cała jestem w maleńkich siniaczkach, których prawdopodobnie nabawiłam się na pogo. są całkiem bezboolesne i bardzo śmieszne. poza tym, prawie dostałam mandat. ale panowie policjanci chyba nie chcieli mi go wstawić, bo jak usłyszeli, że weekend był skutecznie upierdliwy, to się uśmiechnęli i pojechali sobie w swoją stronę. plus wyrywał mnie mały rumunek, który okazał się serbem. plus byłam na imprezie z darmowym alkoholem. problem w tym, że poczęstowanie się nim było tak okropnie uciążliwe i czasłochłonne, że poszliśmy do andrzejka i piliśmy za swoje. plus - znowu - stanie przez kilka godzin w pociągu. ale tylko w jedną stronę, w drugą siedziałam i gadałam z serbiątkiem. nie mogę już powiedzieć "nie pamiętam, kiedy ostatni raz siedziałam w pociągu". zresztą, wcześniej też nie mogłam. siedzenie na ziemi to też siedzenie ( ; a poza tym, od października zdarzyło się to już 3 razy. i za każdym razem weszłam do pociągu! plus zerwała mi się torba. na szyi. to to były niezłe jaja ( : plus prawdopodobnie stracę pracę. na szczęście nie dlatego, że to ja nawaliłam. mam jeszcze trochę czasu, żeby uporać się z tą myślą. a mimo wszystko weekend udany. uciekłam z warszawy, nie widziałam żadnych zamieszek, byłam na fajnym koncercie, dostałam numer telefonu, z którego nie skorzystam, zachwycałam się urodą serbów, trochę piłam, nieco paliłam, trochę skakałam, a nawet tańcowałam. widziałam się z przyjaciółmi - i we wszawie, i w poznaniu. humor dziwny, niekoniecznie dobry, ale w sumie lepszy, niż mogłabym się spodziewać. a teraz proszę los, żeby dał mi siłę przeżyć następne dni. losie, daj mi siłę! skomentuj (0) |
księga gości 2012 kwiecień marzec 2011 listopad wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2010 październik wrzesień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień Tagi afera auschwitz dziennikarstwo forumy imidż inni jazda! kazik kilka na raz martwe=złośliwe metablogowanie na serio naukowe obóz picasso piwo pracownicze smutnienie zbiorcze zdrówko!
ja fotoblog last dA zupa lubię kwestia smaku siewruk uczy się gotować symfonia nauki zielone ludki wspak powiedz coś badziewiada prawie jak zaangażowanie czytam se biały królik krzysieq czyta przystojniaczek czerski kultura leMura leMur untitled durga dżil figiel numero cwaj figlarny sennik sem(ik) sem figielsiemelduje figiel bywam kult forum prawie jak kurwa elita prawie jak sentyment GUWNA prawie jak władza nad światem |
|||
|
|
||||